Wielki Plan
Wielka sala w podziemiach Liceum Ogólnokształcącego im. Wszystkich Świętych rozbrzmiewała wesołym gwarem około dwudziestu młodych ludzi.
- Prose pani, bo oni jus długo grajom w bilard – siedmioletni chłopczyk podszedł do ładnej dziewczyny, której czujne spojrzenia rzucane spod długich rzęs świadczyły o tym, że pilnuje porządku wśród tej zbieraniny dzieci i młodzieży .
- Niech sobie jeszcze trochę pograją. Siadaj obok Piotrusia, pomożesz mu w partii szachów. Zobacz, jaką mam nad nim przewagę, zbiłam mu wieżę. Sam sobie nie poradzi. Pomożesz?
- No pewnie! – dziarsko zawyrokował Adaś – Muszę tylko trochę pomyśleć.
- Jeżeli mnie pokonacie, pan Wojtek da wam dodatkowego pączka – zachęciła do większego wysiłku umysłowego wolontariuszka Alina.- Chcecie?
– No pewnie, tak – wykrzyknęli obaj adepci szachów i wielcy amatorzy słodkich pączków. Po ich nędznych ubraniach i szczupłych twarzyczkach widać było, ze w domach rodzinnych na podobne luksusy nie mają co liczyć. Obaj w skupieniu analizowali położenie figur, zaczęli dyskutować o tym, który ruch będzie najlepszy, a nawet głośno sprzeczać się. Romek, szczupły, ale postawny mężczyzna, w pogoni za pingpongiem, który odbił się od kantu stołu i poleciał między ławki, przystanął na moment odruchowo obok młodych szachistów.
- Prose pana, prawda, ze lepiej konikiem niz gońcem? – zapytał Piotruś.
- A wcale nie, lepiej gońcem! – upierał się Adaś.
- Chłopcy, proszę się nie kłócić, pan Romek jest zawodnikiem szachowym, on się zna najlepiej i potrafi wam doradzić- Alinka grała dobrze, nauczona przez Niemagistra, ale co Romek, to Romek. On nie tylko w szachach miał wielki posłuch w świetlicy, sama postura kulturysty budziła respekt.
- Nie przesadzaj, Alinko, jaki tam ze mnie zawodnik. Kiedyś trochę się grało, ale teraz rodzina, dzieci, praca … – sprostował Romek.
- Przecież ostatnio wygrałeś turniej powiatowy – przypomniała wolontariuszka z uśmiechem. – Nie bądź taki skromny.
- No tak, udało mi się, bo Wojtek nie był w formie. Dobra, chłopaki, ja na waszym miejscu zrobiłbym roszadę.
- Dlacego? – spytał zdziwiony Adaś.
- Bo Alinka ma przewagę materialną, czyli więcej figur. Musicie zadbać o dobrą obronę króla. Inaczej zaraz będzie mat.
- Aha – malcy wierzyli bezgranicznie w każde słowo swojego mistrza. Wiedzieli, że w Straszowie nikt z nim nie wygra, no, może czasami pan Wojtek, ale bardzo rzadko.
Romek schylił się podnosząc zgubionego pingponga i wrócił do stołu tenisowego, gdzie oczekiwał go gimnazjalista Krzysiek, niecierpliwiąc się już trochę.
- Czyje serwy? – zapytał Romek.
- Ostatni pana.
Wolontariusz zaserwował mocno, silnie podkręcając piłeczkę. Krzysiek zareagował prawidłowo, ale odbity pingpong przeleciał za daleko.
- Stoisz za blisko stołu. Cofnij się chociaż krok do tyłu, wtedy cię nie zaskoczę – poradził mężczyzna.
- Dobra, zagramy jeszcze seta? – zapytał.
- Gramy, czemu nie. Sprawdzę tylko, co robią moje dzieciaki, zaraz wracam, poczekaj.
W sąsiednim pokoju, do którego wejście znajdowało się w głębi korytarza, który razem z dużym holem stanowił główne pomieszczenie świetlicy, Kasia uczyła się matematyki, a Darek rysował kredkami.
- No, jak tam, nie macie już dość? – spytał Romek podchodząc do stołu.
- Nie, tatusiu – odpowiedziała sześcioletnia córeczka. – Ułamki są bardzo fajne. Pan Wojtek pokazał mi też sześcio…
- Sześciokąt foremny – pomógł Niemagister.
- A ty, Darku, pięknie rysujesz! – tato pochwalił trzyletniego synka.
- To siamochót – objaśnił mały artysta, nie przerywając pracy.
- Jak jej dziś idzie? – Romek spytał patrząc na zadania, rozwiązywane przez córeczkę.
- Normalnie, czyli bardzo dobrze. Ma smykałkę do matematyki. Warto ją uczyć – bez wahania odpowiedział Niemagister.
- Nie za szybko lecicie z materiałem?
- Nie, bez obaw. Wiem co robię. Pokazuję tyle, ile dziecko jest w stanie zrozumieć i przy tym dobrze się bawić. Ona jest zdolna. Patrz, tu uczyliśmy się układu współrzędnych na płaszczyźnie – pokazał inną kartkę.
- I ona to rozumie? – zdziwił się ojciec, patrząc na różne figury umieszczone obok dwu prostych prostopadłych zakończonych strzałkami.
- Oczywiście. Kasiu, pokaż tatusiowi, gdzie leży punkt o współrzędnych (-2, 3).
Dziewczynka chwilę zastanowiła się i postawiła kropkę na kartce.
- Znakomicie, Kasiu. Przekonałem cię? – Niemagister pokazywał ojcu dowód na prawdziwość swoich słów.
- Tak, to niesamowite! No, wracam na salę, bo gram w tenisa.
Do pokoju, w którym uczył Niemagister, po chwili weszła Agata.
- Przepraszam, że przeszkadzam, ale przyszli jacyś starsi chłopcy i nie chcą czytać ani uczyć się.
- Nowi? – spytał Zażycki.
- Tak, ja ich nie znam.
- Dobrze, już idę.
Za minutę Niemagister stal obok kilku dryblasów ubranych po dresiarsku i w kapturach na głowach.
- Panowie, znacie reguły, jakie tu panują? – zapytał spokojnie, ale głosem poważnym i zdecydowanym.
- A bo co? My tu przyszli ino pograć w bilarda – dość bezczelnie odpowiedział najwyższy z chłopaków, wyglądających na szkołę średnią lub ostatnią klasę gimnazjum.
- Zagracie, ale najpierw trzeba poczytać książki albo uczyć się 25 minut – wyjaśnił Zażycki.
- Eee tam, pogramy i idziemy, nie ma czasu na głupoty, prawda, chłopaki? – obejrzał się na kompanów.
- To nie będzie grania – powiedział twardo Niemagister. – Alinko, schowaj kije i bile. A wy możecie już sobie iść. Przyjdźcie wtedy, jak się zdecydujecie przestrzegać naszych reguł.
– E, koleś, nie przesadzaj, zagramy sobie i cześć – prowodyr stawał się coraz bardziej chamski, wiedząc, że takie zachowanie w szkole prawie zawsze spotyka się z pobłażaniem nauczycieli, którzy wolą „położyć uszy po sobie” i nie narażać się na zemstę chuliganerii.
- Proszę natychmiast wyjść. Do widzenia, nie umiecie się zachować – Niemagister miał jednak inne zasady.
- Spadaj, palancie, my gramy, prawda chłopaki? – zaśmiał się głośno przywódca grupy i szeptał coś do kolegów. W tym czasie wolontariuszka zaniosła już akcesoria bilardowe do pokoju, w którym były przechowywane.
- Wychodzicie, czy nie? – Niemagister patrzył prosto w oczy prowodyrowi.
- A bo co? Co nam hu… zrobisz?
- Alinko, przejdź na policję i poproś tutaj patrol – wolontariuszka, przygotowana na takie sytuacje, poszła po kurtkę i za moment wyszła z budynku. Kłopoty z gośćmi zauważył Romek. Podszedł spokojnie i zapytał:
- Jakiś problem?
- Tak, ci panowie nie umieją się zachować i nie chcą wyjść. Alinka poszła po policję.
Romek wyprostował się i spojrzał z wysokości 190 centymetrów na straszowską łobuzerię.
- Dobra, dobra, spadamy chłopaki. Choćta, jak nie to nie. Ja tam znam lepsze rzeczy niż bilard. Obalimy jakieś wińsko, prawda?
Obrócili się na pięcie i wyszli, trzaskając drzwiami.
- Dzięki, Romek. Jak znam życie, to i tak by zaraz uciekli, ale z tobą poszło szybciej. Wyglądasz jak rasowy ochroniarz.
- Nie przesadzaj – uśmiechnął się Romek. – Może trzeba było im pozwolić zagrać bez czytania pierwszy raz?
- Nie, od samego początku muszą wiedzieć, że tu jest żelazny regulamin. Jak od razu takich nie nauczysz porządku, to wejdą ci na głowę – będą przeklinać, szarpać się, niszczyć sprzęt, palić papierochy w ubikacji, przychodzić po pijaku … Trzeba im pokazać, kto tu rządzi, że tu jest inaczej niż w szkole i u nich w domach.
- Masz rację, to twoja specjalność, masz doświadczenie w pracy z takimi gagatkami. To nie były aniołki, widać od razu po wyglądzie.
- Tak, przemyślą sprawę i tu wrócą, może nawet dzisiaj. Pokusa jest duża, mamy tutaj sporo atrakcji, warto zapłacić cenę.
- Niewysoka, 25 minut czytania – roześmiał się Romek.
- O, nie, dla nich to duża cena! – sprzeciwił się Niemagister. – Wielu z nich nie przeczytało przez całe życie dwu stron tekstu. Niektórzy prawie nie umieją czytać, składają litery na głos, jak pierwszaki. Zapytaj Alinki, jeżeli nie wierzysz.
- Alinka poszła po policję, jeżeli dobrze słyszałem? – zaciekawił się Romek.
- Nie – roześmiał się Zażycki – to tylko taki nasz stary trik. Ona wie, że gdy tak ją proszę, ma wyjść ze szkoły, iść w kierunku komendy i zaraz wrócić. To wystarczy, żeby łobuzom napędzić strachu i żeby wyszli. To działa bezbłędnie, stosowaliśmy to kilkadziesiąt razy. Całe szczęście że policja jest obok. Gdyby interwencja była naprawdę konieczna, zadzwonilibyśmy z komórki. Ale jak na razie, przez te półtora roku, nie było to potrzebne, choć na początku naszej działalności przeżywaliśmy ciężkie chwile. Prawda Alinko, że jeszcze rok temu mieliśmy urwanie głowy, jeżeli chodzi o zachowanie się młodzieży i dzieci w świetlicy? – Niemagister zwrócił się do schodzącej po schodach w dół wolontariuszki, która „wróciła” z policji, a dokładniej zza węgła szkoły.
- Oj, prawda, prawda! Nie było lekko, ale teraz to co innego. Problemy są tylko z nowymi, reszta już wie, jak się zachować. Nauczyliśmy ich porządku, choć ja czasami miałam już dość i myślałam, że się nie uda.
Jakby na potwierdzenie tych słów do świetlicy, która znajdowała się w podziemiach szkoły, zeszło kilku wyrostków i dwóch mniejszych chłopców.
- Dobry – przywitali się dość niedbale, ale od razu podeszli do stolika, na którym leżały książki. Romek obserwował ich zachowanie. Przez chwilę przebierali w książkach, ale za moment każdy z wybraną lekturą maszerował do ławki. Chcieli wszyscy usiąść przy jednym stoliku, ale Alinka interweniowała:
- Najwyżej po dwóch w jednej ławce, bo będziecie rozmawiać. Ja was dobrze znam.
- Dobra, dobra, spoko – usiedli zgodnie z zaleceniem i zaczęli czytać, albo przynajmniej przeglądać Księgi Guinnesa, encyklopedie dla młodzieży, książki z ciekawostkami przyrodniczymi, geograficznymi, sportowymi i technicznymi. Alinka spojrzała na zegarek, zapamiętując początek czytania.
- Wiesz Romek, ona ma fantastyczną podzielność uwagi. Nie musi sobie zapisywać, kto kiedy zaczął, wszystko zapamiętuje, robiąc przy okazji inne rzeczy, pilnując porządku, przynosząc bułki itp. Fantastyczna dziewczyna, podobnie jak Agata. A co ja tu będę nudził, wszyscy są fantastyczni, ty, Marek, Wiesiek, one, i inni…
- Zapomniałeś o sobie – zaśmiał się Romek.
- Daj spokój, ja tu tylko otwieram i zamykam.
- I kierujesz wszystkim.
- No, tak, ktoś musi. Wiesz co, zwolnię już twoje dzieci, niech się teraz pobawią, a my napijemy się herbaty i zagramy partyjkę.
- Dobrze, to ja ustawię figury – Romek był zawsze chętny, pasjonował się królewską grą od dawna.
Za moment dzieci przybiegły do tatusia pochwalić się swoimi dzisiejszymi osiągnięciami:
- Mój siamochót jus jedzie – oznajmił Darek pokazując swój rysunek.
- O, jaki świetny pojazd, jak prawdziwy – dumny tato pocałował synka w główkę.
- A ja nauczyłam się sy…sy…
- Symetrii, czyli odbicia figur – pomógł w trudnym słowie Niemagister. – Zobacz, jak dobrze narysowała obraz pięciokąta w symetrii względem prostej.
- Kasia, ty to sama zrobiłaś? – zdumiał się tatuś.
- Tak, ja sama, pan mi tylko wytłumaczył – Kasia wdrapała się na drugie kolano ojca, bo na pierwszym już siedział braciszek.
- No, smyki, bierzcie po pączku i możecie sobie pograć w co chcecie. Patrz, Daruś, jaka ciężarówa stoi tam na podłodze, chyba czeka na ciebie. A tobie Kasiu, dać skakankę?
Dzieci pobiegły do swoich zabaw, a mężczyźni rozpoczęli pojedynek szachowy. Popijali przy tym herbatę i rozmawiali. Wojtek co chwila rozglądał się po sali, czy nie trzeba gdzieś interweniować. Było dość głośno, ale spokojnie, nikt nie przekraczał miary w dokazywaniu.
- Możemy już skończyć czytanie? – rozległo się z innego końca sali.
Alinka spojrzała na zegarek i zawyrokowała:
- Jeszcze sześć minut, dziewczynki.
Przed dwiema grzecznymi dziesięcioletnimi uczennicami leżała duża formatem encyklopedia przyrody. Pochyliły się nad nią posłusznie. Kusił je sprzęt fitness – rowery i stepery, ale historie o zwierzętach też były ciekawe. Pokazywały sobie coś nawzajem i odczytywały podpisy pod kolorowymi obrazkami.
- Alinko, sprawdź czy chłopcy czytają, bo coś mi się zdaje, że któryś wyciągnął komórkę i gra w coś na niej – dostrzegł kątem oka Zażycki.
Wolontariuszka podeszła do czytających uczniów:
- Kuba, schowaj telefon. Będziesz czytał pięć minut dłużej od kolegów.
- Pse pani, ja tylko …
- Czytaj, bo ci jeszcze dołożę drugie pięć minut – przestrzegła Alinka.
Chłopiec schował komórkę i mamrocząc coś po cichu, sięgnął po książkę. Jego kumple przeglądali dwa najnowsze wydania Księgi Ginnesa i tak byli pochłonięci ciekawostkami technicznymi o najwyższych budowlach, największych okrętach, najszybszych samolotach, że zapomnieli o upływie czasu.
Nim szachiści zdążyli zrobić kilka ruchów, grę należało na chwilę przerwać:
- Proszę pana, kij się zepsuł – jeden z zapalonych bilardzistów pokazał ułamaną końcówkę zrobioną z korka.
Zażycki pokręcił głową z niezadowolenia:
– Się zepsuł! Tak mocno walicie w te bile, że wszystko się niszczy. Alinko, jak oni grali, dać im drugi kij, czy kończą na dzisiaj?
- Nie, byli spokojni, dzisiaj nawet wyjątkowo, mogą jeszcze pograć.
- Dobrze – westchnął Niemagister – grajcie na razie jednym kijem, ja ten spróbuje skleić. Gdzie macie ułamaną końcówkę? Zaraz przyniosę wam zapasowy kij.
Poszedł do pokoju na końcu korytarza, przyniósł kij oraz klej.
- Słabe są te końcówki – powiedział do Romka, który podniósł głowę znad szachownicy. – Co parę dni muszę kleić, albo wymieniać na nowe. Kończy mi się zapas, w następnym tygodniu muszę jechać do Kielc, tam są w jednym sklepie sportowym. Przy okazji dokupię książek.
- Po co? Przecież jest tutaj ich mnóstwo, z tego co widziałem, to kilka szaf – zdziwił się Romek.
- Przydadzą się, co jakiś czas musi być coś nowego, żeby chętnie czytali. Po co zmuszać, ja chcę ich zapalić do czytania. Nie ma z tym lekko, z domów nie wynoszą takich nawyków, a poziom szkół w Straszowie to pewnie znasz …
- Znam, ale to nie tylko w Straszowie, tak jest w całej Polsce, nędza – pokiwał głową najlepszy szachista w powiecie, a jednocześnie pasjonat wielu gałęzi nauki. – A skąd bierzesz forsę na to wszystko, na pączki, bułki, książki, sprzęt? Masz jakieś dotacje?
- A skąd! O czym ty mówisz! Ja jestem szczęśliwy,że mogę tu działać, nie proszę ich o żadne pieniądze. Mam korepetycje, trochę oszczędności i to mi musi wystarczyć.
- Dobrze, że ci chociaż sale dali na twoją świetlicę – Romek wykonał kolejny ruch, który wprawił w zakłopotanie Niemagistra.
- Ale mnie ciśniesz! – pożalił się z uśmiechem – A co do sali, to oni mi nic nie dali, ja sam sobie ją załatwiłem.
- Nie rozumiem – zdziwił się nowy wolontariusz.
- Człowieku, to cała historia, powieść sensacyjną można by napisać o tym. Ale poczekaj, bo Agata na mnie kiwa ręką.
- Co tam, Agato? – zwrócił się do bardzo ładnej blondynki, wokół której stali chłopcy w różnym wieku, od pierwszych klas podstawówki, do szkoły średniej.
- Oni proszę pana chcą już iść. Dać im po pączku? – spytała jak zwykle trochę nieśmiało.
- Zasłużyli? Byli grzeczni? – Niemagister popatrzył może trochę przesadnie surowo na chłopców.
- No pewnie, jasna sprawa! – sami zaczęli się oceniać i przekrzykiwać.
- Nie was pytam, ale pani Agaty. Za dobrze was znam, żeby wam wierzyć – Zażycki utrzymywał ten sam surowy, a jednocześnie trochę komiczny wyraz twarzy, odziedziczony po swoim dyrektorze Koziołku, który kiedyś, za jego młodych lat był alfą i omegą szkoły, w której teraz się znajdowali.
Agata uśmiechnęła się przepraszająco i stwierdziła:
- Dzisiaj byli grzeczni, ja bym im dała.
- W porządku, zaraz przyniosę – Niemagister wszedł do swojego gabinetu, jak w myślach nazywał pokój z napisem „Biuro właściciela”, i z półki zabrał sporą torbę z wypiekami cukierni.
- No, to chodźcie na górę, na zewnątrz, tam wam dam.
Robił tak z dwu powodów, po pierwsze, żeby nie kruszyli na sali, a po drugie, żeby sobie poszli do domów lub na boiska. Z doświadczenia wiedział, że uczniowie, którzy już się nagrali we wszystkie możliwe w świetlicy gry, robili się często nieznośni i trudni do opanowania.
Po sprawiedliwym rozdzieleniu pączków i drożdżówek Niemagister zszedł na dół. Przy schodach stała Agata:
- Proszę pana, Michał chce się uczyć angielskiego. Ma pan jakąś książkę do pierwszej gimnazjum?
- Do pierwszej? Chyba mam, zaraz sprawdzę i przyniosę. Agatko, poczęstuj się pączuszkiem, bo braknie ci siły – zaproponował.
- Pan chce, żebym utyła – odmówiła wolontariuszka, pokazując piękne zęby w uśmiechu.
- Agato, co ty opowiadasz! Takiej figury jak twoja i Alinki to każda dziewczyna może pozazdrościć! – szczerze zaoponował ofiarodawca pączków.
- Bo nie jemy słodyczy, proszę pana – przekomarzała się Agata.
- No trudno, skoro taka jest cena urody, to może warto ją płacić. Chłopaczyska nie trzeba będzie namawiać na pączki, ale pilnować, żeby sami nie podwędzili. Poczekaj, zaraz przyniosę podręcznik.
Wszedł do swego gabinetu, otworzył kluczykiem jedną z dębowych szaf i zaczął w niej przeglądać podręczniki. Było ich mnóstwo ale natrafił wreszcie na właściwy. Zamknął szafę, schował kluczyk, by uczniowie nie dobrali się do książek, chociaż na szczęście nie zauważył dotąd przypadków kradzieży. A zginąć mogło wiele rzeczy: bile, książki, drobny sprzęt sportowy. Na szczęście, albo wolontariusze dobrze pilnowali, albo nikt nie miał lepkich rąk. Nim zdążył wyjść z pokoju, drzwi otworzyły się i wszedł do środka kolejny wolontariusz, mężczyzna przed trzydziestką.
- Cześć – przywitali się i Marek powiesił kurtkę na wieszaku w kącie pomieszczenia.
- Sporo ich poprzychodziło – stwierdził Marek.
- O, już wielu wyszło.
- Spokojnie dzisiaj?
- Tak, w normie. Było kilku nowych, których trzeba było nauczyć rozumu, ale poza tym spokój.
- Czyli Alinka maszerowała na policję – roześmiał się, bo znał już dobrze wszystkie sztuczki Zażyckiego.
- Tak, ale w zasadzie to nie było potrzeby, wystarczył Romek. Gram z nim teraz w szachy. Wiesz co, zagraj w tenisa z tymi, którzy skończyli teraz czytanie, bo sami będą szaleć i niszczyć pingpongi. Na nich trzeba uważać, energia ich rozsadza. Zwróć też uwagę na to, by nie uderzali paletką o stół, bo oni to robią przed każdym serwem, tak się głupio gdzieś nauczyli.
- Dobrze, zajmę się nimi. Jest już Czesio?
- Nie, jeszcze nie przyszedł. Poczęstuj się drożdżówką.
- Dzięki.
Wyszli obaj na główną salę świetlicy i Marek podszedł do stojącego przy ścianie stołu tenisowego, na którym trwał zacięty set. Niemagister doświadczonym uchem usłyszał, że pingpong już jest pęknięty i nieczysto odbija się od powierzchni stołu. Podszedł do stolika z szachownicą, ale Romka nie było przy niej. Dostrzegł go w głębi sali, jak pokazywał jednemu ze starszych chłopców prawidłowy sposób wykonywania „brzuszków” na ławeczce treningowej stojącej w samym kącie pomieszczenia. Skierował się więc do Alinki, która wyjaśniała zawiłości matematyki chłopcu z trzeciej klasy podstawówki.
- Policz to jeszcze raz, dobrze? – wstała z ławki i odciągnęła Niemagistra w bok za rękaw swetra..
- Proszę pana, on jest głodny, nauka mu nie idzie, bo dziś prawie nic nie jadł – powiedziała szeptem.
- Żalił się?
- Nie, pytałam co miał na obiad, a on powiedział, że jeszcze u nich nie było. A na śniadanie miał kromkę chleba ze smalcem. Przecież już czwarta po południu, a on w ogóle jest niedożywiony, to widać.
- Rozumiem, przynieś mu drożdżówkę i zrób herbaty, ale tak, by inni nie widzieli, bo się zrobi bałagan i każdy będzie chciał wcześniej dostawać, a nie na koniec. Gdy będzie szedł do domu, daj mu jeszcze ze dwa pączki.
- Dobrze, nastawi pan wodę w czajniku?
- Tobie też zrobić herbatki, Alinko?
- Może pan zrobić, tej zielonej.
- To może i bułeczkę dla ciebie przynieść? – zadał pytanie retoryczne, bo Alinka miała identyczny stosunek do słodyczy, jak jej koleżanka Agata.
- Nie, proszę pana. Przecież pan wie i tylko się tak drażni.
- Dobrze, że nie jesteś lwem, Alinko, albo lwicą, bo bym źle skończył. Pamiętam z ZOO: „Nie drażnić lwów!”
- A właśnie, że jestem, pan mnie mało zna. Cóż to jest półtora roku? – dziewczyna zrobiła groźną minę, ale zaraz się zaśmiała.
- Panie, przebacz im, bo nie wiedzą co czynią! – Niemagister był kiedyś ministrantem i coś w głowie zostało ze słyszanych często czytań biblijnych – Takie pyszne drożdżówki, mniam, mniam.
Po schodach wejściowych do „Tartaru” zbiegł w dół szczupły, niewysoki mężczyzna, z wyglądu trzydziestolatek.
- Dzień dobry panu Niemagistrowi – ukłonił się teatralnie.
- Witam pana Dżokera – podał rękę na przywitanie.
- Jest Alinka? O, już ją widzę.
- Pamiętaj, że najpierw czytanie – upomniał Zażycki.
- Pamiętam, pamiętam, panie profesorze. Ale dziś tak mnie boli głowa, można krócej?
- Zobaczymy… No, Alinka zdecyduje, bierz książkę i nie trać czasu. A od czego boli głowa?
- Pan profesor rozumie, tego, no, troszkę sobie wczoraj …
- Dobra, siadaj i czytaj, nie rozumiem, ale wiem o co chodzi. Wiesz co o tym myślę. A najważniejsze, że Alinka uważa tak samo. Powinieneś się w końcu ustatkować, jesteś przecież fajny chłopak.
- Trzeba, panie profesorze, ale koledzy do mnie przyszli i pan wie, jak to jest, trzeba było… – Dżoker uśmiechał się przepraszająco.
- Już ci radziliśmy, żebyś sobie dał spokój z nimi. Wiesz dobrze, jakie to typy! Po co ci oni potrzebni?
- A no tak, profesor ma rację. Wezmę książkę i siądę obok Alinki, dobrze?
- Ale masz czytać, nie rozmawiać.
- Dobrze, Dżoker będzie grzeczny. Cześć chłopaki – przywitał się z innymi bywalcami świetlicy i dosiadł się do trójki szachistów.
- O, cześć Dżoker, co tak późno dzisiaj? -spytała Alinka.
- A, lepiej nie mówić – spytany spuścił wzrok.
- No wiesz co, nie szkoda ci pieniędzy? Tyle się namordujesz przy ciężkiej robocie, a potem co z tego masz?
- Pani Alinka ma rację, Dżoker źle robi – jak zawsze strofowany przez swoją ulubioną wolontariuszkę obiecywał poprawę, która jak dotąd nie całkiem się udawała.
Dzień dobry wszystkim – dwudziestoparoletnia dziewczyna właśnie zdejmowała płaszcz. Lubiła tutaj przychodzić, a ponadto Alinka pomagała jej z matematyki, a Agata z rosyjskiego i angielskiego. Już za parę miesięcy czekała ją przecież matura, i Gosia zdawała sobie sprawę, że wieczorowe liceum, do którego uczęszczała, daje słabą nadzieję na przebrnięcie egzaminu.
- Romek, teraz twój ruch – Zażycki przypomniał o przerwanej partii szachów.
- Już idę, chciałem tylko pokazać im prawidłowe wykonywanie ćwiczeń – Romek zostawił grupę nastolatków trenujących w kącie sali i podszedł do stolika z szachownicą.
- Mają sporo zapału, ale ktoś musi nimi pokierować – usprawiedliwił swoje zniknięcie.
- Tak, dwóch z nich ma też spore zdolności akrobatyczne, potrafią wykonywać różne salta i skoki. Mam nawet z tym duży problem, bo włażą na te kamienne słupki od ogrodzenia szkoły i popisują się saltami do tyłu – powiedział Wojtek Zażycki.
- To może być niebezpieczne – stwierdził Romek – skaczą z dużej wysokości, to będzie ponad dwa metry. Całe szczęście, że na trawę, ale mimo wszystko…
- Wiem o tym, nie pozwalam im na to, gdy tylko zauważę, zakazuję im wstępu na jeden dzień do świetlicy. Ale co mogę więcej zrobić ?- Niemagister rozłożył bezradnie ręce – Zresztą, zamiast zakazów lepiej byłoby zająć się nimi i w tych akrobatycznych sprawach, ale ja na razie nie mam jak, a nikomu innemu się nie chce. Kto się będzie przejmował taką trudną młodzieżą – nasze władze? One mają inne sprawy na głowie. Stwarzać pozory, zrobić coś dla picu – to ich taktyka.
- To może Kościół by się nimi zajął?
- Powinien, ale wiesz jak jest w naszej parafii … Tyle lat stoi niewykorzystany budynek starej plebanii, taki świetny obiekt, duży, w znakomitym miejscu i co? Nic.
- Trzeba było zagadać z Koziołkiewiczem – zaproponował wolontariusz, nie odrywając wzroku od szachownicy.
- Myślisz, że nie próbowałem? – obruszył się Zażycki – Kilka razy…
- No i co?
- Nic, zawsze jest coś ważniejszego, a obiekt stoi ciągle pusty. Czasem tylko mieszkają tam robotnicy remontujący kościół, ale przecież oni mogliby zatrzymać się gdziekolwiek indziej. Mnie to aż się serce kraje, jak na to patrzę! Chciałem dać pieniądze na remont i wyposażenie, ale nie było z kim rozmawiać. Wciągnąłem nawet do tego pomysłu Koziołka, bo on zdaje się trzyma sztamę z proboszczem, ale gdzie tam, efekt taki sam. Znasz Koziołka, który kiedyś był dyrektorem tego ogólniaka?
- Tak. Dziwne to wszystko – skomentował Romek – Szach.
- O kurcze, ale mnie podszedłeś! Tego się nie spodziewałem. Gadam jak najęty i zawracam ci głowę zupełnie niepotrzebnie, zamiast skupić się na grze – Wojtek złożył samokrytykę. – Ale nie mam z kim porozmawiać na takie tematy, to jest Straszów …
- Mów, chętnie cię posłucham, ja nie pochodzę stąd, więc nie orientuję się w tych wszystkich układach.
- Zasłonię króla konikiem. A co do układów, to tutaj prawie każdy, kto się wdrapie gdzieś na stołek, to tylko myśli, jak się nachapać i jakie pozory dbania o sprawy społeczne stwarzać. Resztę ma w nosie, albo gorzej …A najsmutniejsze, że to wszystko jedna klika, gdzie ręka rękę myje i wspiera. Koziołkiewicz też się w to uwikłał, stara się być w dobrej komitywie z naszymi władcami. Ja go rozumiem, budował plebanię, kościół, teraz remontuje inny – chwała mu za to. Ale w między czasie parafia się całkiem rozłazi – przyjdź kiedyś do nas na mszę wieczorną w dzień powszedni, na różaniec, roraty, a nawet i w niedzielę – średnia wieku powyżej sześćdziesiątki. Młodych ludzi jak na lekarstwo. On chyba myśli, że ich przyciągnie złoceniami, pomnikami, uroczystościami … Ale oni mają to gdzieś, w MTV bardziej błyska niż złocony ołtarz, a imprezy z panienkami w kisielu są dla nich ciekawsze niż kolejna Uroczystość ku Czci, nawet najwznioślejsza. Olewają to i tyle. Młodzieży masz trochę w kościele, gdy ich przygonią nauczyciele na rekolekcje w czasie lekcji, ale jak się wtedy zachowują, to szkoda słów. Czasem jest nawet tragikomicznie. Parę lat temu był jakiś nawiedzony ksiądz rekolekcjonista, starał się bardzo rozruszać młodzież i zaintonował pieśń: “Dzisiaj zależy od polskiej młodzieży następne tysiąc lat”. I wiesz kto ją śpiewał? On sam i organista, obaj koło siedemdziesiątki, tak na oko. Reszta siedziała w milczeniu, w najlepszym razie, bo niektórzy robili sobie jak zwykle jakieś żarty. Jak nic się nie zmieni, to czarno widzę te “następne tysiąc lat“.
- No racja, ja też to wszystko obserwuję, ale jak to zmienić? Może takie czasy i nic się nie poradzi? Szach – Romek słuchał, ale jednocześnie wykonywał bezlitośnie precyzyjne ruchy, gnębiąc nimi rozdyskutowanego przeciwnika. Wojtek uciekł z królem, tracąc możliwość zrobienia roszady. Już wiedział, że przegra, więc nie skupiał się na grze.
- Moim zdaniem nie ma nic takiego jak “takie czasy”. “Czasy“ są takie, jak ludzie, którzy w nich żyją i tyle. Jak ludzie źli lub głupi, to “czasy” nie będą inne. A propos dzieci i młodzieży – trzeba ich przyciągać do kościoła, organizować im czas wolny, dawać dobrą rozrywkę. W niektórych parafiach tak się dzieje, u nas nie.
- Bo to nie jest takie łatwe, to wymaga dużo poświęcenia i chęci – zauważył Romek. – Tobie się chce, innym nie.
- Czy mnie się chce, czy ja się poświęcam? Na pozór tak, ale prawda jest zupełnie inna – odparł Zażycki.
- Jak to, nie rozumiem – szczerze stwierdził wolontariusz – przecież prowadzisz tę świetlicę za darmochę, jeszcze wydajesz na nią dużo kasy. To nie jest poświęcenie?
- Absolutnie nie! – zaprzeczył Niemagister. – Czy ty poświęcasz się dla swojej żony i swoich dzieci? To znaczy, czy wstajesz rano i mówisz sobie: “Muszę się poświęcić kolejny dzień dla swojej rodziny”?
Romek zaśmiał się:
- Wiem o co ci chodzi, ja ich po prostu kocham i robię wszystko dla nich. To jest moje życie. No ale świetlica …
- A widzisz – żachnął się Niemagister – świetlica to znowu moje życie. Ja tu się nie poświęcam, tylko żyję. Przecież wiesz, że nie mam swojej własnej rodziny. Żeby żyć, trzeba coś kochać, ja kocham to miejsce – wykonał ruch wieżą, i zaraz zauważył, że nie było to najlepsze posunięcie.
- W takim razie świetnie, że szkoła ci je udostępniła, to lokum jest jakby wymarzone na taką działalność – stwierdził szachowy przeciwnik i kolejnym ruchem zaciskał pętlę na szyi czarnego króla.
- Tak, miejsce jest znakomite: duże, ciepłe, w miarę widne, chociaż w suterenie, w samym centrum Straszowa, no i obok policja. Poza tym płytki na podłodze i płytki na ścianach, łatwo zachować czystość, mogą tutaj wchodzić cały rok w butach. Wnętrze jest solidnie wykonane, nic się nie psuje, nie urywa, dość wysoko sufit, nigdy nie jest duszno. A ponadto jestem w swojej starej, dobrej szkole, “budzie”, jak ją nazywaliśmy w czasach uczniowskich. Wtedy tu były szatnie, ale Koziołek to na koniec swojej kadencji przerobił na szkolny barek. Miał bardzo dobry pomysł, szkoda, że odszedł … Obecna dyrekcja … Szkoda gadać – Zażycki wykonał kolejny bezmyślny ruch.
- Tak, słyszałem różne opinie o tej szkole, że poziom się mocno obniżył – wtrącił wolontariusz.
- Nie tylko poziom, sama atmosfera, to już nie to co kiedyś. Koziołek bardzo dbał o tę szkołę, on ją kochał! Może to uczucie przeszło z niego na mnie – uśmiechnął się Wojtek.
- Ale jakoś się dogadujesz z obecną dyrekcją, skoro pozwalają ci tu działać – zauważył Romek.
- A skąd! – zaprzeczył natychmiast Niemagister. – Szkoła oficjalnie nic o nas nie wie.
- Jak to nie wie? Chyba sobie żartujesz – Romek spojrzał zdziwiony na szefa świetlicy.
- To jest świetlica podziemna, i nie tylko dlatego, że w piwnicy, dosłownie podziemna – Wojtek mówił to z poważną miną, ale Romek nadal uważał, że jest obiektem niewinnego żartu. – Poddaję tę partię, nie ma żadnych szans. Znów byłeś lepszy. Na pocieszenie zostaje mi tylko to, że moją specjalnością są inne szachy – Zażycki chował figury do pudełka.
- Jakie?
- Życie to jest prawdziwa gra w szachy, w tym się specjalizuję.
- Rozumiem, rozgrywki między ludźmi, konflikty interesów?
- Tak – potwierdził Niemagister. – Nawet ta podziemna świetlica to taka moja wygrana partia. Rozgrywałem ją wiele lat, ale w końcu zwyciężyłem – stwierdził z nieukrywaną dumą w głosie.
- Od pewnej chwili mówisz samymi zagadkami – Romek, mężczyzna wybitnie inteligentny i świetnie wykształcony, był przy tym człowiekiem prostolinijnym. Wojtek zauważył, że naciągając dalej strunę tajemniczości może zrazić swego znakomitego wolontariusza, który od niedawna pojawiał się na jego zaproszenie w “Tartarze”, a już zdążył zdobyć zaufanie i szacunek dzieci, młodzieży i innych wolontariuszy. Nie warto było ryzykować, więc zaproponował:
- Choć do mojego pokoju, napijemy się kawy i wszystko ci wyjaśnię jak na spowiedzi.
- Kawa? Chętnie, tylko zapytam moich maluchów, czy czegoś nie chcą. Zaraz przyjdę.
Niemagister również obszedł swoje włości, ale nie zauważył nic wymagającego interwencji. Alinka grała w warcaby z Dżokerem, obok kilku uczniów czytało książki lub odrabiało lekcje i co chwila prosili wolontariuszkę o pomoc. Agata pomagała w nauce języków Gosi i innym chętnym, którzy przeszli z nią do jeszcze innej sporej sali, w której stały białe, okrągłe stoliki i było w miarę cicho. Wolontariusz Marek miał na oku stół bilardowy i tenisowy, rozmawiał z czekającymi na możliwość zagrania.
- Marek, zwróć uwagę na to, by nie mazali kredą po suknie stołu – przypomniał Wojtek.
- Tak, dobrze – na solidności Marka można było polegać. – Jak będą próbować, to zabiorę im kredę. Nie są za głośno?
- Trochę tak, ale na to nic nie poradzimy, muszą się trochę wyszaleć, przecież długo czytali. Nie ma sensu dawać poleceń, których nie da się wyegzekwować. Zwróć uwagę też na tych przy stole do piłkarzyków, żeby nim nie szarpali za mocno, bo go rozwalą. W razie problemów jestem u siebie, napijemy się kawy z Romkiem. Może i tobie przynieść?
- Nie, dziękuję, piłem.
Na schodach prowadzących do świetlicy pojawiła się przysadzista sylwetka Witka, trzydziestoparoletniego bezrobotnego, który też od paru miesięcy przychodził do “Tartaru”. Najpierw był uczestnikiem zajęć, ale ostatnio awansował do roli wolontariusza, gdyż umiał pilnować porządku wśród niesfornej dzieciarni.
- Cześć – podał rękę Wojtkowi i Markowi, a następnie wybrał sobie coś do czytania. Lubił książki wojenne, więc wziął powieść z tego gatunku przyniesioną przez Niemagistra specjalnie dla niego. Jako wolontariusz nie musiał oczywiście odbywać rytualnego dla innych czytania, ale polubił to zajęcie.
Na wygodnych fotelach w gabinecie Zażyckiego siedzieli przy parującej kawie Romek i Niemagister. Zza obitych czymś w rodzaju skóry drzwi dochodził miarowy hałas składający się z odgłosów zderzających się bil, odbijanego pingponga, głośnych rozmów (Wojtek uważał, że trochę za głośnych, ale na razie nie było na to rady). Po półtora roku Niemagister wyłapywał bezbłędnie wszelki dźwięki, które wymagały jego natychmiastowej obecności na sali. Zresztą, było tam teraz aż czworo wolontariuszy, mógł więc spokojnie odpocząć i porozmawiać, siły przydadzą się na później, gdy niektórzy pomocnicy wrócą do swoich domów.
- Opowiem ci o początkach tej mojej świetlicy, to wszystko ci się wyklaruje – rozpoczął Zażycki i napił się aromatycznego płynu. – Wiesz o tym, że Koziołek został parę lat temu wybrany Dyrektorem Tysiąclecia? – zapytał ni przypiął ni przyłatał.
Romek zmrużył oczy, jakby coś mglistego sobie przypominał z nieco odległej przeszłości.
- Gdzieś obiło mi się to o uszy, ale nie pamiętam dokładnie, może czytałem o tym w “Echu Dnia”? W Straszowie jestem od niedawna…
- Mogłeś czytać, pisali o tym kilka razy – potwierdził Niemagister.
- Jaki ma to związek ze świetlicą?
Niemagister wstał z fotela:
- Możemy przejść na górę? Coś ci pokażę.
Romek odstawił kubek z kawą i poszedł za Wojtkiem, chociaż nie wiedział zupełnie, o co w tym wszystkim chodzi. Zażycki zaprowadził go schodami w górę, na parter. Zatrzymali się przed oszklonymi drzwiami.
- One są teraz zamknięte – na potwierdzenie Niemagister bezskutecznie ruszył klamką – ale od rana do czternastej tędy uczniowie i nauczyciel schodzą do “Tartaru”. Podejdź bliżej, spójrz w prawo i powiedz, co widzisz tam na przeciwległej ścianie.
Wolontariusz przysunął twarz do szyby i odrzekł:
- Pewnie chodzi ci o tę tablicę granitową – domyślił się.
- Tak, dasz radę odczytać napis na niej?
- “Dyrektorowi Tysiąclecia Adamandemu Koziołkowi Rodacy i Niemagister Zażycki “ – z trudem odcyfrował Romek i uśmiechnął się mimowolnie.
- A teraz przekręć głowę w lewo i odczytaj napis na tablicy z drugiej strony korytarza.
-” Prymasowi Tysiąclecia księdzu kardynałowi. Stefanowi Wyszyńskiemu mieszkańcy Straszowa i społeczność szkoły”. Coś mi świta – zaśmiał się Romek – Prymas Tysiąclecia i Dyrektor Tysiąclecia, to się nawet komponuje. Obie tablice sam ufundowałeś?
- Nie, no co ty! – obruszył się Wojtek. – Ja tylko tę pierwszą, na cześć Koziołka.
- Ale ty masz pomysły! – w głosie wolontariusza pobrzmiewał podziw zmieszany z niedowierzaniem, politowaniem i czymś tam jeszcze.
- No, czasem coś mi się uda – nie bez dumy i łobuzerskiego błysku w oczach potwierdził Zażycki. – Wróćmy na dół, resztę ci wyjaśnię przy kawie.
Minęli grających w skupieniu w bilard, szalejących przy stole tenisowym, tłukących zawzięcie plastikowymi piłkarzykami, zawieszonymi na lśniących prętach, w niewielką piłeczkę skaczącą po zielonym boisku wielkości stołu. Pod ścianami, na drewnianych niskich ławkach inni czytali, uczyli się, grali w różne gry planszowe i szachy. Alinka gawędziła z Dżokerem i czuwała nad wszystkim, wspomagana przez innych wolontariuszy.
Weszli do gabinetu, gdzie stygła kawa, i z odrobiną ulgi zamknęli drzwi, by oddzielić się od tego rwetesu.
- Około dziesięć lat temu ogłosiłem oficjalnie na jakiejś wielkiej szkolnej uroczystości, że dyrektor Koziołek został uznany Dyrektorem Tysiąclecia – Niemagister kontynuował przerwany wątek – oraz, że w związku z tym powieszę w szkole kamienną tablicę i postawię pomnik na jego cześć.
- Wojtek, nie rozumiem – przerwał Romek – przecież Koziołek był wtedy jeszcze dyrektorem tej szkoły.
- A co to przeszkadza? – bez namysłu odparował Niemagister. – Papieżowi też stawiali wtedy pomniki, chociaż pełnił swój urząd.
- Ale przecież, z tego co wiem, Koziołek wywalił cię z roboty! Coraz mniej z tego wszystkiego pojmuję – szczera natura Romana gubiła się w poczynaniach Zażyckiego. – Zrobiłeś to wszystko dla jaj, dla kawału?
- Też, ale nie tylko. Naprawdę chciałem uhonorować Koziołka – Niemagister stwierdził z przekonaniem. – To był wybitny dyrektor.
- Ale zaraz …Tysiąclecia? – powątpiewał wolontariusz i obserwował uważnie twarz Zażyckiego, nie wiedząc, czy nie robi sobie z niego żartów.
- Miałem mu żałować tego tytułu? – stwierdził krótko – Niech się cieszy, moim zdaniem zasłużył. Zresztą, on ogólnie był bardzo ceniony i szanowany. On żył sprawami tej szkoły, prawie tutaj nocował, ferie, wakacje, świątek i piątek coś tu załatwiał, zarządzał, ustalał, sprawdzał. W czasie lekcji wszędzie go było pełno, moim zdaniem miał dar bilokacji, jak święty ojciec Pio. A przy tym posiadał niesamowite poczucie humoru, nigdy nie wiedziałeś do końca, czy coś mówi poważnie, czy żartuje.
- Tak jak ty? – wtrącił wolontariusz.
- Bardziej – stwierdził Wojtek. – Dla przykładu – zatrzymywał mnie na korytarzu, patrzył spode łba groźnym wzrokiem, marszczył brwi i pytał, celując we mnie palcem: “Zarzycki, jak ty się nazywasz? Znowu rozrabiasz?”
cdn.
Niemagister Wojciech Zarzycki