Potforna satyra na Niemagistra czyli jeden dzień z życia zbrodniaża

Za inspirację autor dziękuje nielicznym, ale bardzo pracowitym i skromnym (bo działają anonimowo) internautom wypowiadającym się na forach internetowych zamieszczonych w tym blogu. Parafrazując Winstona Churchill’a: „Jeszcze nigdy tak niewielu nie napisało tak wiele bredni o jednym”.

Niemagister rzucał się bezsennie w wymiętej pościeli. Nie zmrużył oka przez całą noc, gdyż miniony dzionek zdołował go kompletnie.
– Ani jednego dziennikarza! Nawet najbardziej cieniutkiego pismaka z jakiegoś wsiowego pisemka dla gospodyń wiejskich w nakładzie trzynastu i pół egzemplarza ! Klęska.
Gdy pierwsze promienie zimowego słonka rozświetliły nieboskłon, Niemagister wylazł z wyra i na wychudłe odnóża naciągnął liche porcięta. Zacięty wyraz malujący się na głupkowatym obliczu zdradzał ślepą determinację.
– Muszę kogoś pomordować – wyszeptał przez zaciśnięte usta. Zapuścił żurawia pomiędzy stojące pod koślawym stołem butelki po tanim wińsku, walające się pety, słoiki z przeterminowanymi korniszonami i puszki po dawno zeżartych konserwach tyrolskich.
– Do stu tysięcy zdechłych kuratorów – zaklął szpetnie – gdzież jest ten ostatni w tym domu skrawek papieru? ! Te przeklęte myszy! Wszystko wywleką do swojej nory. Zero ogłady i wychowania. Co za pech, że ukręciłem łby wszystkim własnym i sąsiedzkim kotom. Chociaż jednego trzeba było oszczędzić.
Macając na oślep pod stołem natrafił w końcu na pewien metalowy obły przedmiot.
– A, mam cię – wymamrotał z ulgą przepitym dyszkantem – Jest nocnik, a więc będzie i dziennik.
Rzeczywiście, z wnętrza obtłuczonego emaliowanego nocnika wyciągnął poplamiony, jakby psu z gardła wydobyty zeszyt w kratkę zatytułowany „Dziennik zbrodniaża”. Otworzył go na ostatniej zapisanej stronie i zatopił się w lekturze, przerwanej tylko na zaciąganie się obrzydliwym papierochem, ulepionym z petów wygrzebanych w pobliskim śmietniku.
– Kogo mamy na tapecie? – zastanawiał się przygryzając wargi – Aha, już wiem: stado dyrektorek, stado radnych, Starostę i stado psów. – Od kogo zacząć? Niech będzie na dobry początek stado psów – zadecydował ostatecznie. – Psy są najmniej wredne – pokiwał głową, gdy za pasek wtykał tępy rzeźnicki nóż. – A może zrobić to gołymi rencami? – zawahał się na moment. – E, lepiej nie, jeszcze który utnie w łapę.
Godzinę później wywalił z pożółkłego zlewu obtłuczone talerze i obmył starannie zakrwawione narzędzie zbrodni.
– No, to teraz zadzwonimy do pana redaktora. Będzie miał nius na pierwszą stronę.

Niestety, ostatni dziennikarz chętny do odbierania telefonów od Niemagistra dołączył do ogromnej rzeszy nieodbierających, więc żądny sławy i rozgłosu w mediach patałach rzucił słuchawkę i zaklął siarczyście:

– Do stu tysięcy tępych urzędasów! Człowiek nie może się wybić przez tych redaktorków bez pojęcia. Co zrobić, żeby człowieka docenili? Ech, szkoda gadać, świat schodzi na psy. Nikt się na mnie nie poznał, nikt mnie nie rozumie. Nawet kobiety i dziewczyny mnie unikają, żadna mnie nie chce.

Bolesny skurcz wykrzywił i tak krzywą gębę Niemagistra.

– Zaraz, zaraz, tylko bez panikowania. Przecież jedna mnie chce – ta która sprzedaje jajka na targu. Jak to dobrze, że dzisiaj jest poniedziałek. Podwijam kiece i lece.
I już po chwili niesiony na skrzydłach uczucia amant znalazł się u boku ukochanej, dołączając do zbiorowiska kur, gęsi i jednego marnego koguta.
– Babciu, czy naprawdę mnie lubicie? – zapytał niecierpliwie i obcesowo.
– Chę? Jajecek? Świeżutkie, prosto od kury.
– Antoniowa, ja nie o tym. Ja chciałem zapytać…
– Łoj, zmarło się Jantosiowi, łoj nieboracek – kobiecina zaszlochała z uczuciem i wytarła odmrożony nos w rękaw kufajki.
– Nie płaczcie, dobra kobieto, przecież to już będzie trzydzieści lat temu – dodawał otuchy Niemagister.
– Trzydzieści? Ni mom tyla jojek, dwa tuziny będzie. Jus panockowi zapakuje.
– A niech to piorun i wizytacja! Po diabła mi jajka? I tak nie mam czym zapłacić. Chyba, że dacie na krechę.
– A, dom i kogutka, dom. Śwarny jest i umi jesce kurakom dogłedzić. Łoj, bydzie rosołek, łoj tłuściutki.
Niemagister machnął ręką i oddalił się powłócząc kulasami. -Tak jak zawsze z kobietami – pomyślał zrezygnowany. – Nie nadajemy na tych samych falach. Cóż, ostał mi się ino Alf.
Tak, tylko na tego przyjaciela z kosmosu mógł liczyć. – Polatam z Alfem po mieście – zadecydował za siebie i za niego. W tym wieloletnim związku uczuciowym i towarzyskim był stroną zdecydowanie dominującą, ba, nawet dyktatorską. To on był samcem
alfa tego nieziemskiego stadła. Alf niewiele, jeżeli cokolwiek, miał do gadania. Ale cóż, jak się żyje z okrutnym tyranem pod jednym przeciekającym dachem…

Latanie z Alfem po mieście zawsze uspokajało Niemagistra i goiło liczne rany sercowe. Tak byłoby i tym razem, gdyby nie to, że przelatując przez Rynek zauważył zbiorowisko podekscytowanych ludzi wygrażających pięściami w jego kierunku i skandujących jakieś hasła. Gdy zbliżył się ostrożnie na odległość nieco większą niż celny rzut kamieniem, usłyszał, jak mu urągają miasteczkowi nauczyciele, urzędnicy i rodzice:

– Precz z Niemagistrem! Niemagister na Madagaskar! Alf na Melmak!
Zaskoczony podrapał się po łepetynie i zawołał:

– Ziomkowie, kochane Staszowiaki, o co wam idzie? Czyście powariowali?

W kierunku Niemagistra poleciał grad kocich łbów i płyt chodnikowych. Na szczęście dla niego, żaden pocisk nie dosięgnął celu, czyli jego pustej łepetyny.  Po chwili od wzburzonej ciżby odzieliła się grupa najmądrzejszych, najodważniejszych i najuczciwszych mieszczan. Przewodził jej oczywiście Starosta Kruzlik, wspierany mężnie przez trzy niewiasty pełniące obowiązki Dyrekcji miejscowego LO, cieszącego się opinią najlepszej szkoły w promieniu rzutu cyrklem pod wiatr. W trzecim szeregu postępował Pisarczyk Powiatowy Macanka, z nieodłącznym zwojem czystego papieru, gotowy wszystkie czyny i rozmowy skrzętnie zanotować. Nadstawiał ucho, aby nie uronić lub nie przekręcić żadnego wypowiedzianego słowa.

–  W czym mogę pomóc? – zapytał bezczelnie Niemagister, gdy zbliżyli się na odległość rzutu słowem.

– Jużeś pomógł, patafianie – z pogardą odparował Starosta – popatrz tylko w niebo.

Niemagister popatrzył i zdębiał. Nad Ratuszem przelatywał właśnie jeden z jego uczniów wraz z bratem bliźniakiem Alfa.

– O kurcze – wyrwało mu się – ale się porobiło.

– Porobiło się! – z przekąsem stwierdziła pani Dyrektor Lolanda Trónkowska – Nic się samo nie porobiło. To ty zrobiłeś tymi swoimi lekcjami, że nasze dzieci i młodzież lata z Alfami.

– Albo chodzi w płetwach! – dopowiedziała Wice – Magister Anizołza Drapichruścik ze zgrozą w oczach i podrapała pryncypała Kruzlika.

– Proszę nie rozdrapywać moich świeżych ran zadanych przez telewizję – syknął z bólu Starosta, który o mało co nie został rozdeptany przez maszerującą w płetwach grupę młodzieży.

cdn.

Podziel się na:
  • Śledzik
  • Twitter
  • Blip
  • Facebook
  • Wykop
  • Google Bookmarks
Ten wpis został opublikowany w kategorii Ogłoszenia. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *