Wielki Dzień

Wielki Dzień

Zegar na Ratuszu zaczął wybijać północ. Dyrektor Jojanda Trunkowska niespokojnie krążyła po mieszkaniu. Jak minie ten jutrzejszy, o przepraszam, już dzisiejszy Dzień? Powinna w zasadzie położyć się i przespać chociaż trochę, ale podniecenie nie pozwalało nawet myśleć o takich luksusach jak sen. W Takim momencie?! Niepodobna, niemożebne. Postanowiła zrobić sobie ostatniego drinka. Czy wszystko pójdzie zgodnie z planem? Czy ktoś czegoś nie zawali w ostatnim momencie? A co z pogodą? Zapowiadali w telewizji słońce, ale czy im można wierzyć? Wiedziała, że nie. No, ale chyba chociaż na koniec wiadomości mówią prawdę?
Postanowiła jeszcze raz zrobić przegląd najbardziej niepewnych i niebezpiecznych punktów jutrzejszego, to znaczy dzisiejszego programu Wielkich Uroczystości Ku Czci. Po pierwsze, czy zasadzone wczoraj duże drzewa nie przewrócą się i kogoś nie zabiją? Co prawda firma, która się tym zajmowała, wzięła ciężkie pieniądze, ale czy naprawdę są aż tak wiarygodni, jak się reklamują w internecie? Dobrze, załóżmy, że się nie przewrócą, że nie będzie wichury, ok, ale może przez noc uschną i będą wyglądały jak bezlistne kikuty? Co wtedy? No właśnie, jak zrobić, żeby miały liście, i to zielone? Owszem, można ich narwać w parku, ale jak poprzyczepiać albo poprzyklejać? Kto to zrobi, ile sobie zażyczy pieniążków, i czy się zdąży z takim zadaniem? Koszmar, lepiej o tym nie myśleć, brr! A część artystyczna, czy wszystko wypali? Czy magister Trawka wywiąże się ze swego zadania? Czy nikt nie pomyli się w wierszyku, nie zatnie, nie przewróci się na scenie, nie zemdleje z przejęcia? Uff! No, są też pewniaki, jak chociażby magister Trombiasz Cielecki, ten na pewno ładnie zaśpiewa i zagra… A jak pęknie struna w gitarze? Gorzej, a jak pękną wszystkie z wyjątkiem jednej? Był jakiś taki, który umiał grać na jednej strunie, jak mu tam było, Papoślini, czy Gaponini? Czy on jeszcze żyje? Czy da się go szybko ściągnąć do Straszowa? Czy w ogóle będzie trzeźwy, jak przyjedzie? Artyści! Nic nie wiadomo. A ten spektakl teatralny w reżyserii Trombiasza – czy kurtyna się nie urwie, czy dekoracje się nie przewrócą, czy „aktorzy” nie posikają się z przejęcia na scenie? Albo jeszcze gorzej, wiadomo to z dzisiejszymi dzieciskami, takie delikatne! Koszmar, zaprawdę koszmar! A może wszystkim „artystom” kupić pampersy? Ale jak będzie wyglądał zespół tańca nowoczesnego w pampersach? Czy nie nazbyt nowocześnie? Dyrektor Trunkowska usiadła bezradnie w fotelu… i natychmiast przemęczona do kresu wytrzymałości zapadła w płytki, ale koszmarny i niespokojny sen. We śnie wydarzyły się wszystkie rozważne już przez nią wpadki i katastrofy, i jeszcze milion innych, które w postaci zarodków tkwiły głęboko w jej skołowaciałym umyśle. Doszło nawet do tego, że przyśniła jej się audiencja u samego Pana Boga, w którego tak szczerze pisząc, średnio wierzyła. W czasie prywatnej wizyty w Niebie prosiła o zmianę wsteczną tegorocznej decyzji Komitetu Noblowskiego, ale Pan Bóg odmówił prośbie. Znikąd ratunku!

Rankiem już o godzinie szóstej Dyrektor Trunkowska lustrowała otoczenie szkoły – Liceum Ogólnokształcącego im. Wszystkich Świętych w Straszowie. Chwała Bogu! Żadne drzewo nie przewróciło się, chociaż większość poprzekrzywiała się na wszystkie możliwe strony – po prostu krecia robota kretów w świeżej, spulchnionej ziemi. Liście też w większości nie pospadały, ale mocno przywiędły i poszarzały.
– Ujdzie w tłoku – stwierdziła Trunkowska, chociaż park przed szkołą wyglądał tak, jakby się mocno wstawił w czasie nocnej libacji. – Trochę się niektóre podeprze, żeby się nie wywaliły i cześć.
Następnie przeszła się po całej szkole w towarzystwie pań sprzątaczek. Wyciągnęła z torebki białą jedwabną chusteczkę i poddała próbie czystości schody, poręcze, parkiety, lustra, okna, ławki i krzesła. Niektóre miejsca wymagały pilnych poprawek, które natychmiast uczyniono.
Gdzieś około godziny siódmej Dyrektor zdzwoniła do hurtowni chemiczno-perfumeryjnej w Rynku i zamówiła sto pampersów w różnych rozmiarach. Wyrwany ze snu właściciel chętnie przyjął zamówienie, bo było opłacalne, szkoła się nie targowała.
Na godzinę ósmą przyszła już młodzież i nauczyciele, rozpoczęły się ostatnie pośpieszne próby i drobne korekty programu Wielkiej Uroczystości. Nerwówka była niesamowita, pogotowie zabrało zemdloną magister Pączek, ucznia ze złamaną nogą (spadł ze sceny w czasie próby) oraz magister Trawkę, która dostała ataku histerii, ale na szczęście nie wymagającego hospitalizacji. Oprócz tego nie było większych problemów, poza tym, że wszystkie kwiaty przygotowane do wręczania zwiędły (zapomniano wlać wczoraj wody do wazonów), jakiś kocór wyżarł połowę wędlin z lodówki, której ktoś nie domknął (kocór oczywiście zdechł w męczarniach z przejedzenia), a sztandar szkoły uległ lekkiemu przypaleniu w trakcie prasowania.

O godzinie ósmej czterdzieści pięć, gdy wszystko było zapięte na ostatni nieurwany guzik, zadzwonił telefon w sekretariacie szkoły. Pani sekretarka, która go odebrała, już po chwili latała po całym rozległym budynku w poszukiwaniu pani Dyrektor. Gdy ją dostrzegła na końcu korytarza, poprawiającą z panią magister Okruch dekorację na ścianie, wykrzyknęła z przejęciem:
– Jezus Maria, jedzie! Jest już blisko, właśnie widziano ich w Łosieku!
Panie o mało co nie pospadały z drabinki, na której stały.
– Prędko, prędko! – wołała pani Trunkowska. – Ustawiać się przed szkołą, orkiestra niech już się przygotowuje, gołębie z klatkami dawać na zewnątrz. Tylko ostrożnie, nie dotykać drzew, bo się przewrócą i będzie nieszczęście!
Za chwilę do zwierzchniczki przyszedł statecznym, ale szybkim krokiem magister Cielecki.
– Pragnę poinformować panią Dyrektor, że nastąpiło jakieś nieporozumienie. Osoba, która miała z Warszawy przywieźć gołębie w klatkach do wypuszczenia w czasie powitania, tak naprawdę kupiła stado kanarków. Ponieważ ja jestem mistrzem ceremonii, to muszę zdecydowanie zaoponować przeciwko wypuszczaniu kanarków zamiast gołębi. To nie jest nigdzie w cywilizowanym świecie praktykowane.
– A może to są gołębie, tylko trochę inny gatunek? – Dyrektor Trunkowska miała już tego wszystkiego serdecznie dość.
– Nie, pani Dyrektor, to zdecydowanie są kanarki – wyjaśnił magister Cielecki, nie tracąc wrodzonego opanowania i zimnej krwi.
– Cholera – wyrwało się Trunkowskiej – to wypuścimy kanarki zamiast gołębi, co za różnica?
– Ja się tego nie podejmę – Cielecki był nieugięty.
– Dobra, sama sama się tym zajmę, co za problem – zdecydowała pani Dyrektor.

Po kilkunastu minutach, które minęły wszystkim w ogromnym napięciu, magister Okruch, wystawiona na czaty po drugiej stronie ulicy, krzyknęła na cały głos:
– Już jest, już jest, widzę go pod szpitalem! Dwie czarne limuzyny!
Orkiestra tylko czekała na ten sygnał, zaczęła grać marsza powitalnego. Młodzież pod kontrolą wychowawców prężyła się karnie ustawiona w czworobok, słoneczko pięknie świeciło na niebie, a pani Dyrektor wraz z magistrem Cieleckim stali na stopniach szkoły. Nad wejściem wisiał ogromny styropianowy, biały napis, na czerwonym, płóciennym tle:
WITAMY NASZEGO NOBLISTE
– O, q…mać – zaklął do mikrofonu Cielecki, gdy spojrzał na niego – brakuje ogonka przy e!
– Może nie zauważy – szepnęła Dyrektor. – Podobno on był cienki z ortografii.
Limuzyny z piskiem opon zatrzymały się pod szkołą. Ochroniarz w nienagannym, czarnym garniturze wyskoczył z drugiego samochodu i otworzył drzwi. Po dwu sekundach Laureat Nagrody Nobla z Literatury wynurzył się z wnętrza pojazdu.
– To on, to naprawdę on! ten sam! jaki podobny do siebie! … – rozległy się podniecone głosy ze wszystkich stron. Błyskały flesze aparatów fotograficznych reporterów prasowych (z kraju i zagranicy), operatorzy kamer tłoczyli się przed pojazdem, który przywiózł Wielkiego Człowieka.
Niemagister Zażycki niepewnie rozglądał się dookoła. Skąd się wzięły te drzewa? Przecież nie mogły urosnąć takie duże w parę miesięcy! Cholera, co oni tu wyprawiają?
Nie było jednak czasu na rozmyślania. Do Wielkiego Gościa podbiegła pani Dyrektor i przywitała się serdecznie, o mało co nie całując go w rękę jak Ojca Świętego. W ostatniej chwili powstrzymała się, ale za to wyściskała go mocno i dokładnie. Przedstawiciele samorządu szkolnego wręczyli ogromny wiklinowy kosz kwiatów, w którym czerwone róże tworzyły na tle kremowych wielką literę N jak Nobel, a może jak Niemagister. Dyrektor Trunkowska przeprowadziła następnie Niezwykłego Człowieka przed frontem Grona Pedagogicznego, by każdy magister miał zaszczyt uściskać tę prawicę, którą spłodziła Ziemia Straszowska i która napisała wiekopomne utwory, nagrodzone najwyższą w świecie nagrodą w dziedzinie literatury – Noblem.
Gdy zakończono powitanie, orkiestra zagrała „Mazurka Dąbrowskiego”. Wszyscy zebrani wyprężyli się na baczność, jedynie kamerzyści i fotoreporterzy mieli dyspensę z racji zawodu – dyskretnie przemieszczali się wśród tłumu i szukali najlepszych ujęć. Po odśpiewaniu hymnu państwowego nastąpiło wypuszczenie pod niebiosa Gołębi Pokoju, a ściślej biorąc Kanarków Pokojowych. Seledynowe, żółtawe i błękitne ptaszki przestraszyły się zamieszania i nie bardzo chciały fruwać pod niebiosa, siadały na ramionach i głowach, wywołując popłoch wśród licealistek i pań magister. Wyłapano je po chwili, w zadaniu którym wyróżnił się dzielny magister Dziubek. Wróciły do niewoli, skoro pogardziły bezkresną wolnością.
Oficjalną przemowę witającą Największego Straszowianina wygłosiła oczywiście pani Dyrektor Trunkowska. Dla ścisłości przytoczymy ją w całości, in extenso, za zgodą pani Dyrektor, która pozwoliła nam przepisać ją z karteczki, z której ją odczytała. Brzmiała ona tak:

„Czcigodny Obywatelu naszego ukochanego Straszowa, nasz nieodrodny Rodaku, Niemagistrze Wojciechu Zażycki, tegoroczny laureacie Nagrody Nobla w dziedzinie literatury. (brawa, owacja na stojąco)
Nazywam cię Niemagistrem, gdyż wszyscy wiemy, jak wysoko ceniłeś ten tytuł, który sam powołałeś do życia i sobie nadałeś. My jesteśmy tylko zwykłymi magistrami, z wyjątkiem paru doktorów niehabilitowanych, ale równocześnie miłośnikami Twojego zabójczego talentu. ”
– Kto tej babie napisał tę wazelinę, przecież sama tego nie poskładała do kupy – myślał tymczasem Noblista – albo magister Macanka ze Starostwa, albo magister Cielecki z ogólniaka. Tetrium non datur. Na pomysł, aby posadzić mnie w sąsiedztwie Alfa mogła wpaść sama. Ten babsztyl ma w głowie porąbane, jak by powiedział Sicio, gdyby to widział. Kto wie, może stoi gdzieś tam w tłumie i rży ze śmiechu?
Należy bowiem wspomnieć, że nasz Laureat został posadzony na wysłanym kwiecistym dywanem (który wypożyczył na ten zbożny cel proboszcz Koziołkiewicz) podwyższeniu, w ogromniastym fotelu, a za sąsiada miał Alfa, do złudzenia przypominającego tego, który pomagał mu prowadzić lekcje i jeździł z nim do Domu Dziecka w Koniowie. Wróćmy jednak do przemówienia:
„Podobnie jak czytelników na całym świecie, również nas zauroczyłeś swoją sztuką literacką, swoimi znakomitymi opowiadaniami, powieściami, dramatami i lirykami.”
– Jedzie mi tu czołg? – pomyślał sobie Noblista – akurat was zauroczyłem! Wnerwiłem, wkurzyłem, zdemaskowałem, ośmieszyłem – jakbyś to babo gadała, to byś mówiła prawdę, a tak, to łżesz jak pies. Przecież te wszystkie opowiadania, powieści itp. są o was, durnie i łajdaki. Przecież gdybyście mogli, to utopilibyście mnie wcześniej w łyżce wody, tylko nie wiedzieliście, jak to zrobić. A teraz jako Nobliście to możecie mi naskoczyć! Albo kadzić, ha, ha …
„Stworzyłeś dziesiątki zabawnych postaci literackich..”
Ja stworzyłem? Czyś się kobieto urwała z choinki?! Przeceniasz mnie, a raczej ten, kto ci te bzdury nawypisywał. Ciebie, twoją wice, Starostę i jego kumpli stworzył Pan Bóg. Ja tylko skromnie odwzorowałem pierwowzory na papier, a raczej na bity i bajty.
„które zawładnęły zbiorową świadomością. Twe arcydzieła, przetłumaczone na wiele języków świata i zekranizowane przez najwybitniejszych przedstawicieli sztuki filmowej na trwale wpisały się w dzieje naszej cywilizacji.”
– Obyś była dobrym prorokiem, magister Trunkowska – pomyślał Niemagister – wtedy wy będziecie najsławniejszą kliką w dziejach ludzkości. I najlepiej opisaną, cóż, trochę się narobiłem, nie ma co ukrywać.

Przerwijmy na moment relację z oracji Dyrektor Trunkowskiej, gdyż musimy zająć się Rudą Kitką, wiewiórką, która też postanowiła uświetnić Wielką Uroczystość. Była ona półsierotą, gdyż jej ojca, Białego Zombka (proszę się nie dziwić, mimo, że zamieszkiwał od dziecka park przy szkole, nie chciał się uczyć ortografii) przygniotła padająca gałąź, gdy kilka lat temu Trunkowska kazała wyciąć wszystkie drzewa wokół szkoły. Parę okaleczonych kikutów zdołali uratować protestami i podpisami w ostatniej chwili magistrowie Koziołek oraz Skubany, za co im chwała po wieczne czasy. Otóż Ruda Kitka, jak większość dzieci wychowywanych bez autorytetu wymagającego i sprawiedliwego ojca, była trochę nieusłuchana. Jej mamusia, Zwinna Skoczka, ostrzegała córeczkę jeszcze wczoraj wieczorem:
– Proszę mi nie bawić się w pobliżu tych nowych drzew postawionych przy szkole, a już broń orzeszku, wchodzić na nie i skakać po gałęziach. Wyglądają one niezdrowo i są ustawione tylko dla picu. Łatwo mogą się przewrócić. Pamiętasz, co stało się z naszym tatusiem? – tu otarła łzy puszystym ogonem.
– Co to znaczy dla picu, mamusiu? – zapytała ruda córeczka.
– Jesteś za mała wiewiórka na takie sprawy ludzi, ale to nic dobrego, tyle ci powiem.
Ruda Kitka, jak każdy nieusłuchany psotnik, gdy tylko mamusia oddaliła się w poszukiwaniu obiadu ( musiała udać się aż do lasu, bo w Straszowie jakaś głupota wycięła wiele drzew, nie tylko te przy szkole) postanowiła puścić mądre przestrogi mimo spiczastych uszu. Podczas gdy Dyrektor Trunkowska kadziła i wazeliniła Niemagistrowi Zażyckiemu, ona wdrapała się na pierwsze z brzegu drzewo, mocno pochylone i stojące tylko na słowo honoru. Jej wątłe ciałko zaburzyło równowagę chwiejną bryły sztywnej, pewne wektory sił się nie zrównoważyły i drzewo … przewróciło się z łomotem. Nastąpił wtedy tak zwany „efekt domina”: pierwsze padające drzewo przewróciło drugie, drugie – trzecie, itd. Po trzydziestu sekundach plac przed szkołą zamienił się w pobojowisko na wzór tego sprzed kilku lat, gdy Trunkowska robiła porządki jako świeżo upieczona Dyrektor.
Uroczystość oczywiście przerwano, zapanował ogromny chaos, pisk, wrzask i omdlenia przeplatane z histerią. Z pobliskiej komendy przylecieli policjanci i natychmiast przystąpiono do akcji ratowniczej. Na szczęście nikomu osobiście nic się nie stało, nawet Ruda Kitka miała więcej szczęścia niż rozumu: poza drobnymi zadrapaniami i potarganym ogonkiem wyszła bez szwanku. Jedynie samochody kilku nauczycieli ogólniaka zostały przygniecione pniami i totalnie, jak to się mówi brzydko „skasowane.” Ciekawskich, którzy koniecznie muszą wiedzieć czyje to były pojazdy, zapraszam na stronę www.niemagister.pl do przeczytania Protokołu Rady Powiatu z 2002 roku (jest pod banerem). Tak się bowiem jakoś przypadkowo złożyło, że ci pedagodzy, którzy oponowali przeciwko pewnej świetlicy dla biedoty w tym pechowym 2002 roku, ustawili dzisiaj swoje błyszczące pojazdy w feralnym miejscu na parkingu. No cóż, zdarza się. Jak to mówią: Pan Bóg nierychliwy, ale sprawiedliwy, a narzędziem tej opatrzności mogą być nawet krnąbrne wiewiórki.
Gdy opanowano już powstałą panikę i emocje opadły, kontynuowano dalej Uroczystość Ku Czci. Roztrzęsiona Trunkowska wyjaśniła najpierw co się stało:
– „Kochani, drzewa które zostały poprzewracane przez tego wrednego rudego wiewióra zostały ustawione wczoraj dla uczczenia naszego Drogiego Gościa. Chciałam zrobić mu niespodziankę i przyjemność tym, że jego ukochana szkoła wygląda tak, jak wtedy, gdy był jej uczniem i potem nauczycielem. Niestety, firma, która podjęła się tego zadania okazała się nieuczciwa i źle wykonała swoją pracę. Zostanie przez nas i przez pana Starostę z tego rozliczona. A teraz wrócę do mojego przemówienia.
Jest dla nas wielką radością, że podobnie Wielka Postać jak ty jest wieloma nierozerwalnymi nićmi związana z naszą szkołą. Byłeś tu uczniem i nauczycielem, jesteś więc krwią z naszej krwi i kością z naszych kości.”
Niemagister nieomal wybuchnął śmiechem na te górnolotne dyrdymały, ale przygryzł wargi i dzielnie znosił trudną rolę Noblisty w Gnieździe Rodzinnym.
„Wszyscy pamiętamy Twoją pracę dydaktyczną w naszej szkole. Byłeś ozdobą naszego Grona Pedagogicznego, pamiętamy jak ciepło wyrażała się o tobie nasza koleżanka Anizołza Drapichruścik, która gdyby nie pechowa wyprawa misyjna do ludów posądzanych o praktykowanie ludożerstwa, w które to ludy pragnęła zaszczepić umiłowanie literatury pięknej ..”
– I dlatego wygryźliście mnie ze szkoły po paru latach – dokończył w myślach Zażycki – podobnie jak Drapichruścik została pewnie wygryziona do ostatniej kosteczki na Wyspie Dobrze Przyrządzonego Misjonarza.
„Gdy rozstałeś się z nami …”
– Dobre sobie, ja się rozstałem, ha, ha… Jakbym nie miał w domu i na swojej stronie internetowej artykułów prasowych, reportaży radiowych i telewizyjnych w których pastwiliście się nade mną.
„…tęskniliśmy za Tobą i z wielką radością powitaliśmy Cię w naszych progach ponownie. Gdy w „Piekiełku” – barku szkolnym w podziemiach szkoły – założyłeś świetlicę dla dzieci i młodzieży, nasza radość nie miała granic.”
– To już szczyt wszystkiego! – wnerwił się Niemagister, starając się jednak nie pokazywać emocji, gdyż wiedział, że skierowane na niego są setki par oczu i wiele kamer telewizyjnych. – Najpierw blokowaliście dziewięć lat założenie tej świetlicy, a stworzyłem ją bo dogadałem się z prywaciarzami, którzy prowadzili barek w waszej szkole. Udało się tylko dlatego, że nic o tym nie wiedzieliście. Sama się przecież tym pochwaliłaś potem w prasie, nie pamiętasz tego, kobieto? Co za śmierdząca obłuda! Ale jak ktoś powiedział:
obłuda to hołd, jaki występek składa cnocie, więc gadaj dalej, ale się streszczaj, bo w końcu się przekręcę i tak się to skończy- będzie jednego Noblistę mniej na świecie, a wy będziecie mieli skandal w tym zapyziałym miasteczku.
„Aby wszyscy wiedzieli, jak droga jest nam Twoja osoba, w „Piekiełku” urządziliśmy Izbę Pamięci na Twoją cześć. Sprawisz nam wielki zaszczyt, jeżeli zgodzisz się oficjalnie otworzyć funkcjonowanie tej nowej placówki muzealnej i przeciąć wstęgę.”
Niemagister Zażycki ożywił się na te słowa, podniósł się z fotela i podszedł do mikrofonu.
– To dla mnie będzie zaszczytem wziąć udział w tak podniosłym wydarzeniu. Jestem wzruszony i gotów dopełnić tego obrzędu. Proponuję zrobić to teraz, póki wzruszenie nie odbierze mi resztek sił.
– Ależ oczywiście, przejdźmy zatem do „Piekiełka”. Zapraszam państwa dziennikarzy i delegacje władz. Proszę tędy – Dyrektor Trunkowska wskazała drogę do Izby Pamięci Niemagistra Wojciecha Zażyckiego.

„Piekiełko”, ogromne podziemie szkoły było wypucowane i przystrojone kwiatami. Drogę do środka zagradzała biało-czerwona wstęga. Podniecony Niemagister nie certolił się, tylko poprosił o nożyczki i przeciął ją. Wkroczył jako pierwszy do swej dawnej świetlicy i ze zdumieniem spostrzegł, iż poza kwiatami, wygląda tak, jak wtedy, gdy Trunkowska i jej zastępczyni Anizołza Drapichruścik wywalały ją z tego budynku pod jakimś głupim pozorem, wymyślonym na potrzeby obrony przed atakami dziennikarzy. Wszystkie sprzęty wróciły na swoje miejsce: stół bilardowy, stoły tenisowe, rowery stacjonarne i stepery, stoły, szafy itd.
– Dobrze się spisałyście, wredne babsztyle, warto było zostać Noblistą, aby doczekać takiego dnia. To na prawdę jest Wielki Dzień – pomyślał Niemagister, a na głos powiedział:
– Uczyniła mi pani Dyrektor olbrzymią radość tą Izbą Pamięci. Żeby ją jeszcze zwiększyć, proponuję nieśmiało powołać w tej Izbie Pamięci świetlicę mojego imienia. Sam dorzucę się do jej funkcjonowania, źle mówię, w całości będę ją utrzymywał, tak jak kiedyś. Co pani Dyrektor na to?
– Ależ to wspaniały pomysł! – zachwyciła się szczerze albo nieszczerze, to bez znaczenia z racji obecności dziesiątków dziennikarzy, którzy nagrali jej wypowiedź, Dyrektor Trunkowska.
Niemagister wyciągnął komórkę i bez żadnej zwłoki wykonał telefon:
– To ty, piękna Alinko? Nobel? Jaki Nobel? Aaa…, potem ci wytłumaczę, teraz szkoda czasu. Dzwoń do reszty wolontariuszy i powiedz, że wracamy do „Piekiełka”. Od kiedy? Od zaraz. Kto ma czas niech już przychodzi. Ty oczywiście też. Zgarnij po drodze dzieciarnię z trzepaków i śmietników. Jak to zrobiłem? Przecież mnie znasz, chyba się domyślasz … Ok, zaraz ci opowiem, tylko przychodź jak najszybciej. Tak, wyrolowałem ich, ale teraz nie mogę rozmawiać. Pa.

W „Milordzie” trwała huczna i zakrapiana gastronomiczna część Uroczystości Ku Czci Noblisty. Jego samego niestety tam nie było, wykręcił się drobną niedyspozycją i przemęczeniem.

Mówiąc prawdę, to po pierwsze nie miał czasu na bzdury, a ponadto zbyt długie przebywanie z tymi ludźmi mogło mu zaszkodzić na zdrowiu, fizycznym i psychicznym, tak przynajmniej uważał. Niemagister zatem przebywał w swojej na nowo uruchomionej świetlicy ‚Piekiełko”, która rozbrzmiewała na powrót radosnym gwarem dzieci i młodzieży. Ponieważ przyszło sporo wolontariuszy, mógł na chwilę zaszyć się w swojej kanciapie, będącej przy okazji magazynem książek, gier planszowych i drobnego sprzętu sportowego. Włączył radio by posłuchać wiadomości:
– ” Tegoroczną nagrodę Nobla w dziedzinie literatury przyznano pośmiertnie panu Mniam Mniam, wybitnemu prozaikowi z Archipelagu Białe jest Smaczne, mieszkańcowi portowego miasta Pieczony Zadek za cykl opowiadań zadedykowanych bibliotekarce z Polski, Pani Anizołzie Drapichruścik pt. „Ludożerstwo w bibliotece”. Opowiadania, inspirowane ludowymi zwyczajami kulinarnymi dzikich plemion zamieszkujących wyspy archipelagu, oparte na autentycznych przeżyciach gastronomicznych stanowią przełom w historii literatury faktu. Pisarz zmarł niedawno z powodu galopującej niestrawności, której nabawił się w podczas tworzenia ostatniego dzieła literackiego.”
– O rany – z otwartych drzwi kanciapy dobiegł głos ślicznej wolontariuszki Alinki – jak pan to wszystko zrobił?
– Z tym Noblem? No… było trochę roboty, ale paru speców od stron internetowych i paru kumpli w telewizji …
Wiesz jak to jest, znasz mnie już trochę…
– Pana wszyscy znają – czarująco uśmiechnęła się wolontariuszka.
– Nie przesadzaj, Alinko, te barany tam z góry – pokazał palcem w sufit, ponad którym znajdował się gabinet Dyrektora szkoły – jeszcze dobrze mnie nie znały.
– Ale dzisiaj miały możliwość pana poznać, ha, ha.
– Tak, jako Noblistę, a co będę im żałował splendoru, niech raz w życiu poczują się naprawdę ważni. Dotąd padali plackiem przed najwyżej Kuratorem lub Wojewodą.
– A co będzie, jak się dowiedzą dziś wieczorem z telewizji i nas znowu stąd wywalą?
– To wymyślę coś innego, Alinko. Ponadto do pojutrza to oni nic nie będą kontaktować. Wiesz przecież, że są na Imprezie Ku Czci i żeby mnie dobrze uczcić, sporo wydoją. Znasz ich przecież.
– Znam, znam, hi,hi…
– No, wróćmy do dzieciarni, bo coś jest tam za głośno. Agata i Romek pewnie nie mogą sobie dać z nimi rady.

Niemagister Wojciech Zarzycki

Podziel się na:
  • Śledzik
  • Twitter
  • Blip
  • Facebook
  • Wykop
  • Google Bookmarks
Ten wpis został opublikowany w kategorii Ogłoszenia. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *